Zboczenie zawodowe każe mi klikać we wszystko. Reklamy w komunikatorze, bannery na portalach, inwazyjne formy reklamowe – nic się przede mną nie ostanie. Czasem kliknięcie przeniesie na stronę, na której spędzę dobrych paręnaście minut, a czasem nie doczekam do końca preloadera, niemniej lubie sobie poklikać tu i tam, choćby z czystej ciekawości, co tam w branży słuchać.
Kiedy wczorajszy klik przeniósł mnie na stronę, było nie było korporacyjną i poświęconą tak ( z reklamowego pukntu widzenia) atrakcyjnemu produktowi, jak notebook, która to strona wyglądała jak nie przymierzając flash-tutorial dla początkujących, pomyślałem sobie nie ma o czym pisać, ot wypadek przy pracy. Kiedy jednak dziś po raz kolejny wszedłem na stronę tego samego korporacyjnego klienta i po raz kolejny obejrzałem równie tutorialopodobny korporacyjny sajcik, coś mi się przelało.
Wszyscy wiemy, jak powstają takie sajty. Do agencji, która HP obsługuje z korporacyjnego rozdzielnika przychodzą materiały z centrali. Zlokalizować - pada rozkaz – i biedny fleszowiec, chciał nie chciał, zlokalizować musi – w końcu za to też mu płacą. Rzecz się trochę przeciąga, bo tłumaczone przez junior accounta teksty musi zaakceptować Pani Basia, która aktualne przebywa na szkoleniu w Zanzibarze, niemniej koniec końców temat zostaje zamnknięty, strona wędruje do sieci. Jeszcze tylko w wyszarpaną przez dział mediów lukę w gadu-gadowym terminarzu wrzucamy jakąś na szybko przygotowaną kampanijkę i temat można uznać za odfajkowany. Nikt i tak z ctr-ów nie rozliczy, bo wszyscy wiemy, że HP-ki kupuje się nie wskutek obejrzenia sajtu, ino przy robieniu grupowych zamównień do firmy – a jakimi takie zamówienia prawami się rządzą…
Zastanawia mnie, dlaczego komputer, który sam z siebie jest bardzo przyzwoitym narzędziem, reklamowany jest w tak, nazwijmy to po imieniu, wieśniackim stylu? Dlaczego urządzenie było-nie-było nowoczesne, reklamowane jest przy pomocy środków żywcem wyrwanych z czasów flasha 4 (nie mylić z flashem CS4)? Czyżby był tu grany klasyczny scenariusz z cyklu: klient musi miec coś na szybko, agencja jest zawalona po uszy – więc dizajn trafia do stażysty a kodowanie do junior-fleszysty? Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie innych okoliczności, w których producent nowoczesnego sprzętu zgodziłby się na prezentację swoich produktów przy pomocy tak chałupniczych środków wyrazu. Przecież musi być gdzieś dizajner, art , dyrektor kreatywny. Przecież gdzieś ktoś to ogląda, ktoś akceptuje. Nie wyobrażam sobie by w okolicznościach innych, niż totalny-ogień-w-dupie coś takiego mogłoby przejść przez korporacyjne sito.
Ale może się mylę. Może ma tu miejsce casus mojego znajomego, który zaprojektowawszy kiedyś ładną etykietę do taniej wody mineralnej usłyszał od klienta: Panie, to jest za ładne, ludzie pomyślą, że coś tu nie gra, że ktoś ich w konia robi.


