Najtaniej jest zdemotywować

Filed Under (reklama ogólnie) by admin on 08-02-2010

Jakiś czas temu zapienił mnie flaszowiec, który robotę na max dwie godziny wycenił na godzin pięć. Poszedłem z tym do znajomego i “żalę mu się” a znajomy ów (człowiek z jakąś dekadą w branży) mi na to, że w zasadzie to się niczemu nie dziwi i sam zrobiłby by podobnie – bo po co się napinać skoro nikt tego nie doceni? Oczywiście, można rzecz robić szybciej, ale “zaoszczędzonego” w ten sposób czasu nie będzie mógł spożytkować w jakikolwiek kreatywny sposób, bo skoro skończył jedno, zaraz mu drugie do roboty wrzucą. Po drugie zaś po co się napinać, skoro jest się “na etacie” i inkasuje się nie od wydajności, ale od odfajkowanej listy obecności?

Najpierw oburzyłem się i polemizowałem (rzecz jasna, ani ja jego, ani on mnie nie przekonał) później zaś usiadłem i zastanowiwszy się nad tematem doszedłem do smutnego wniosku, że jednak ma koleżka rację. Obaj mają rację. Po co się przesadnie napinać i wykazywać, skoro i tak niczego to w sytuacji zawodowej nie zmieni?

Normalna sytuacja rynkowa wygląda tak, że pracownik lepszy i bardziej obrotny zarabia więcej. Zarabia więcej, bo robi szybciej, a jak do tego jeszcze  robi dobrze, to już w ogóle miodzio jest. Arytmetyka jest tu prosta i niczego tłumaczyć nie trzeba. Przełożywszy to na realia zawodowe, pracownik wydajniejszy, bardziej “obrotny i kumaty” również powinien zarabiać więcej ponieważ pracując etatowe 8 godzin wykonuje de facto dużo większą pracę, niż pracownik “standardowy”. To w teorii. W praktyce jest jednak tak, że pracownik etatowy, zarówno ten wydajniejszy, jak i ten mniej wydajny, pomimo znaczącej różnicy w jakości i ilości wykonywanej pracy zarabiają mniej więcej tyle samo “bo takie są widełki płacowe”. Sytuacja taka, jak nietrudno się zorientować, jest dla pracownika wydajniejszego kompletnie nieopłacalna -  bo po co ma się człowiek zarzynać, skoro na koniec miesiąca dostanie taki sam przelew, jak jego idący po najmniejszej linii oporu kolega?

Praca etatowa w najczęściej spotykanej formie jako żywo przypomina PRLowskie “czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Pracownik się nie angażuje -  bo i po co, skoro tak czy siak “swoje” dostaje. Nawet nie dlatego że nie chce, czy jest głupi/leniwy/upośledzony. Nie angażuje się, bo nie widzi z tego realnych korzyści. Nie widzi rekompensaty za dodatkowy wysiłek . Trudno w takiej sytuacji mieć do takiego pracownika pretensje. Każdy zdrowy na umyśle postąpiłby dokładnie tak samo, jak on. Po co się męczyć, skoro poza zmęczeniem żadnych dodatkowych profitów z tego “męczenia” nie widać?

Praca etatowa bez systemu motywacyjnego jest zła. Nie dla pracownika -  bo ten szybko się do sytuacji adaptuje, wypracowuje mechanizmy “leserskie”, wie na czym “przyoszczędzić”, gdzie oszukać by znaleźć czas na tą czy inną formę zbijania bąków. Praca etatowa jest zła dla firmy, ponieważ pracownik za te same pieniądze (czyli koszta firmy) wykonuje coraz mniej i mniej. Firma kosztorysując czas wykonania zlecenia podaje terminy kompletnie nieprzystające do rzeczywistości i, co najważniejsze, kompletnie niekonkurencyjne rynkowo. Firma zatrudniająca takiego pracownika traci na atrakcyjności, ponieważ aby być na czasie z technologią musi zatrudniać coraz to nowych pracowników, gdyż pracownik “etatowy” nie odczuwa potrzeby rozwoju zawodowego (bo po co, skoro nic to nie zmieni?). Mówiąc krótko: przyoszczędzając na systemie motywacyjnym firma wpędza się nie tyle w dużo większe koszty, co  wchodzi na długoterminową równię pochyłą, z której to równi wiedzie prosta droga do branżowej śmierci.

Mechanizm wydaje się być prosty jak konstrukcja cepa. Zadziwiająca jest przy tym ślepota ludzi decyzyjnych, którzy nijak zdają się nie dostrzegać oczywistych dla postronnego obserwatora konsekwencji.

Ciekawy jest także kompletny brak selekcji takich “pracowników na pół gwizdka”. Pracownik taki ( co znam z doświadczenia swojego oraz opowieści najróżniejszych znajomych -  swoją drogą to ciekawe, jak niezależnie od branży mechanizmy są dokładnie takie same) bardzo rzadko zwalniany jest z pracy. Jeśli  coś spektakularnie zawali -  to jest szansa, że “poleci”; jeśli jednak będzie cicho siedział i robił swoje, to może w tej niszy siedzieć aż do ogłoszenia upadłości firmy. Dzieje się tak z prostego powodu: pracy w firmie nie ubywa, natomiast konsekwentnie ubywa sił przerobowych, ponieważ jeden za drugim pracownicy dochodzą do wniosku, że skoro nie ma to przełożenia finansowego, nie ma powodu dawać z siebie nic poza niezbędne minimum.  Mówiąc krótko: trzeba zatrudniać dwa razy więcej ludzi, niż wynika to z faktycznego obłożenia obowiązkami.  W sytuacji, gdy proceder ten trwa przez lat kilka, firma zaludnia się rzeszą takich “półgwizdkowych” pracowników oraz, co bardzo istotne, “półgwizdkowych” kierowników, którzy robią tyle, ile muszą resztę cedując na podwładnych którzy pracują na granicy ewidentnego leserstwa. Tworzy się zamknięty “półgwizdkowy” obieg, którego nikt nie odważy się rozerwać, bo jest on dla wszystkich zamkniętym łańcuchem pokarmowym, swoistym “leserskim krwiobiegiem”.
Wszyscy wiemy, w co się tu gra, ale Cichosza, bo póki gramy do jednej bramki,  wszyscy dobrze na tym wychodzimy.

Lekarstwo na taki stan rzeczy jest jedno: Motywować, motywować i jeszcze raz motywować. “Pogłaskać” tych, którym się jeszcze chce i niekoniecznie ganić tych, którym już się chcieć przestało. Wprowadzić “pensję minimum” i zdrowy “system premiowy”. Pracownik “na pół gwizdka” niech zarabia “na pół gwizdka”, niech jednak widzi przy tym, że jeśli włoży w siebie trochę wysiłku i zacznie mu się chcieć, może zarobić więcej. Z drugiej strony – niech pracownik wydajny zarabia stosownie do włożonego wysiłku. Jeśli się stara, doszkala, daje ponad normę, nie cieszyć się, że “znalazł się jeleń”, tylko założyć mu złotą smycz, dać smacznego siana do paśnika, dopieścić -  niech czuje, że z jego wysiłku są konkretne efekty.
A co z tymi, którym się nic nie chce? No cóż -  to pytanie należało by zadać dyrektorowi finansowemu.

Mam świadomość, że powyższy akapit to w zasadzie utopia nie występująca w polskich realiach. Zanim jednak wszyscy gruchniemy szyderczym rechotem, proponuję przeprowadzić proste działanie arytmetyczne:
Jedna godzina pracy flaszowca  w agencji to dla klienta +- 200 złotych.
Realny czas wykonania pracy to dwie godziny – czyli złotych 400.
Faktyczny czas “przepracowany” przez pracownika to 5h -  czyli koszt tysiąca złotych.
Czarno na białym otrzymujemy 600zł straty.
Weźmy teraz te 600 złotych i przemnóżmy jest przez X pracowników i Y projektów. Całkiem zgrabna sumka nam wychodzi, prawda?

A teraz wyobraźmy sobie, że pracownik ów pracował jednak dwie godziny, nie pięć i na koniec miesiąca ( w którym pracownik wykonuje 15-20 takich projektów) dajemy pracownikowi tysiąc złotych premii za wydajność. Policzmy: 15 projektów x 600złotych straty daje nam 9000 zł straty w skali miesiąca z jednego pracownika. Jeśli jednak zamiast tych dziewięciu tysięcy straty, poniesiemy koszt tysiączłotowej premii otrzymamy osiem tysięcy czystego zysku.
A teraz pomnóżmy te osiem tysięcy przez liczbę zatrudnianych pracowników….

Comments:

There are (6) Comments for the Najtaniej jest zdemotywować