Zanim pomyślisz o karierze fleszysty

Filed Under (prywata, reklama ogólnie, reklama video) by admin on 12-09-2009

Nie raz i nie dwa trafiałem w życiu na ludzi, który pracując w różnych, kompletnie nie-graficznych branżach, postanawiali nagle się przebranżowić i pójść „w grafikę” ze szczególnym uwzględnieniem flasha. Jestem w stanie zrozumieć ten ich pociąg. Robota w grafice wydaje się fajna i kreatywna, zaś flash jako narzędzie wcale taki trudny nie jest. Programować przecież nikt nie zamierza, a trzaskanie animacji  jest dużo bardziej atrakcyjne od siedzenia w biurze.
Czy tak jest faktycznie?
Z kilkuletniej animatorskiej perspektywy śmiem twierdzić, że:

Większość animacyjnej roboty to bannery. Owszem, animuje się też strony, prezentacje, niemniej lekko licząc 95% animacyjnej roboty to banner na tuzin sposobów. No i co w bannerze złego – ktoś pomyśli. W samym bannerze – nic. Złe jest to, co się wokół bannera dzieje.
A dzieje się…

Dzieje się szybko i chaotycznie. Terminy produkcji kampanii bywają absolutnie szalone dochodząc do kilku dni od sygnału ze strony klienta do emisji formy w Internecie. W ciągu tych kilku dni banner trzeba wymyślić, zaprojektować, przedstawić klientowi, poczekać na informację zwrotną od klienta, wprowadzić zmiany, jeszcze raz podesłać do klienta, wprowadzić jeszcze jedne zmiany, ponownie podesłać do klienta i kiedy koniec końców obrana zostanie jakaś ścieżka kreatywna, a z trzech dni zrobi się nagle niecały dzień, zaczyna się etap najciekawszy – czyli produkcja bannerów.

Banner NIDGY nie występuje samodzielnie. W swojej zawodowej, nazwijmy to karierze, zrobiłem może z trzy, cztery „samotne” bannery. Klient, kiedy już decyduje się na jakąś formę obecności reklamowej w Internecie, czyni to z rozmachem godnym dużo lepszej sprawy. Produkuje się więc Double billboard, billboard, rectangle, toplayer, skyscraper, cztery formaty gadu gadowych przeszkadzajek, expand billboardy, push billboardy – jest tego, co nie miara i, aby było jeszcze ciekawiej, każdy portal ma swoją własną i niepowtarzalną specyfikację, wedle której kreacje reklamowe powinny być przygotowane.

Zanim jednak przyjdą pliki do animatora, dzieje się wiele innych, z animatorskiego punktu widzenia wielce istotnych kwestii.
Przede wszystkim zaczyna się projektowanie.

Projektant ma przesrane już na starcie. Na wycinku 300×250 pixeli zmieścić ma packshot w trzech ujęciach, logo, cztery akapity tekstu, disclaimer, przycisk z CTA, element interaktywny, video i najlepiej żeby to jeszcze migało i wibrowało. Do tego obowiązkowo kreacja musi być spójna z prasą i telewizją – a wszystko to w przewidzianych na formę 25-30 kilobajtach.
Tu sytuacja może rozwinąć się dwutorowo. Jeśli temat wpadnie w ręce doświadczonego projektanta jest szansa, aby ze starcia wyjść obronną ręką. Problem w tym, że doświadczony projektant rzadko kiedy dotyka bannerów, bo między innymi dlatego jest doświadczony, że się już ich w życiu naprojektował i patrzeć na nie nie chce. Najczęściej temat wpada do juniora – a junior, jak to junior zaprojektuje brzydko, na odpierdol, bez uwzględnienia ograniczeń technicznych… Ale zaprojektuje i to jest ważne. Jest, co pokazać klientowi. Klient popatrzy, zgłosi uwagi, koniec końców zaakceptuje na chwilę przed wyjściem z pracy. Uszczęśliwiony akant minutę przed siedemnastą podeśle maila ze zgłoszeniem na ASAP i zaczyna się część właściwa.

Najczęstszym elementem bannerowego dizajnu jest bajzel w plikach źródłowych. „Bo wiesz, to było na szybko projektowane”.  Pewnie, że wiem, tylko gdzie jest warstwa z tym packshotem? I dlaczego cień składa się z kilkunastu warstw w najróżniejszych trybach mieszania? Nie można było tego spłaszczyć? Ja? Pewnie, że mogę. Potrafię, ale to jakby nie mój obowiązek, prawda? I dlaczego ten człowieczek ma ucięte pół korpusu? Jak ja mam zanimować jego ruch z prawej do lewej, gdy brakuje mu lewego barku? Ręką? Będzie ruszał ręką, jak mu tą rękę dorysujesz! Że co, nie wiedziałeś, że mu ręka będzie potrzebna? To jak ty sobie tą animację wyobrażałeś? Nie no, jasne, że od animacji jestem ja, ale TY jesteś projektantem i chyba projektujesz z myślą o jakimś tam życiu na dzielnicy? I drzewo ma się ruszać… A jak ty sobie wyobrażasz pokazanie ruchu sosny? Szczególnie nie wyszparowanej z tła. A co z tym tekstem? Dlaczego raz wyrównany jest do lewej a raz do prawej? Dlaczego w każdej linijce jest różny rozmiar fonta? Dlaczego na doublu jest z bevelem a na rectanglu bez bevela, za to z cieniem? Która wersja jest właściwa i dlaczego mam się tego domyślać?

Kiedy już jako tako dojdziesz do porządku z plikami źródłowymi, posegregujesz i zaimportujesz to wszystko do flasha, przychodzi czas na animację. Animator tępym narzędziem nie jest i animacja jest polem do jego kreatywnego popisu, niemniej musi być to popis zgodny z zamysłem osoby za projekt odpowiedzialnej. I nie ważne, że projekt powstawał w zasadzie bez większego pomysłu. „Wiesz, to w zasadzie taki draft, bo w końcu to ty jesteś animatorem i ty decydujesz jak to się będzie ruszać”. No więc decydujesz, robisz, a potem okazuje się, że „ w zasadzie to zajebiście, tylko jeszcze to i to bym zmienił, to powiększył, to przesunął, to zmianie kolejnością, zmienił justowanie napisu i… i w zasadzie to jest zajebiście. Super robota”. Wprowadzasz zatem te zmiany, które nie wiedzieć czemu wszyscy nazywają „poprawkami” (jakimi poprawkami, co tam było popsute, że trzeba to poprawiać?) po raz czterdziesty siódmy oglądasz tą samą animację, po czym, kiedy zadowolony z siebie dajesz animację do akceptacji (wszak jesteś prostym wyrobnikiem, którego pracę należy kontrolować i poprawiać) dowiadujesz się od senior designera, że to, co powiedział ci junior jest kompletnie do niczego, że trzeba to zrobić inaczej, a  przy okazji wywalić to foto, zmienić tekst, przestawić logo i obowiązkowo zmienić kolorystykę tła.  Że w ramach optymalizacji packshoty wrzuciłeś jako *jpegi na jednolitym tle? Nie szkodzi. Przecież przerobienie tego to tylko chwila w photoshopie. Przecież dla takiego drobiazgu nie będziemy odrywać designera od pracy. On ma ciasny dedlajn. Wszyscy mamy…

Wkurwiony jak szerszeń wprowadzasz zmiany. Praca trwa już drugi dzień, akant co raz podpytuje, kiedy skończysz, a ty tak na dobrą sprawę, nawet porządnie nie zacząłeś. Ale nie ma co się mazać, trzeba szybko wprowadzić seniorskie „poprawki” i posłać to akantowi, który podeśle to do klienta, który co prawda akceptował formy statyczne, ale nie znaczy to, że mu się w międzyczasie coś nie odmieni…
Traf chciał, że kreacja trafia do dyrektora kreatywnego, który zdecydowanym ruchem wywala wszystko do kosza. Rzecz wraca do przeprojektowania. Że klient zaakceptował? A kto takiego brzydkiego bohomaza klientowi posłał?  Mowy nie ma! Może pomysł jest chujowy, ale ma być porządnie  wykonany! Wraca zatem projekt do designera, który wprowadza chaotyczne zmiany, potem idzie to do klienta, następnie wraca i pod koniec dnia wiadomo, że w zasadzie jest ok., ale skoro już wprowadzamy zmiany to zmieńmy jeszcze to i to i to i to…
Pod koniec drugiego dnia, kiedy masz świadomość, że dwa dni twojej mechanicznej i bezmózgiej pracy poszły na marne masz ochotę kogoś zabić. Jesteś tak wściekły i rozgoryczony, że nie da się z Tobą normalnie rozmawiać. Wracając do domu kupujesz alkohol. Twardy reset. Prymitywny, ale skuteczny.

Nieco skacowany, lecz umysłowo wypoczęty rozpoczynasz trzeci dzień. Animacja, którą oglądasz od dwóch dni zlewa ci się w jedną wielką plamę. Przycisk tu, hasło tam. Rzęsy grubsze o 600%, czy 900 kalorii. I „zmysłowa ekskluzywność”, czy „ekskluzywna zmysłowość” – wszystko to zlewa ci się w jedno i po godzinie sam już nie wiesz, co robisz, ale robisz, bo zrobić trzeba.
Kiedy po całym dniu pracy z radością konstatujesz, że wyszedłeś na jako taką prostą i że jeszcze tylko kilka godzin dzieli cię od zakończenia walki z projektem okazuje się, że w projekcie na bazie którego robiłeś animacje, brakuje jakiegoś drobnego, lecz z punktu widzenia klienta bardzo istotnego elementu. Dodanie tego drobiazgu wymusza drobne zmiany w umieszczeniu pozostałych elementach. Nic wielkiego – ten napis przeniesiemy tu, tą fotkę tam, to się powiększy, to się pomniejszy i będzie tak, jak cacy. Mądry się nie pozna a głupi pomyśli, że tak być powinno.

W tym momencie wydarzenia mogę potoczyć się dwojakim torem.  Albo się wkurwisz i obrażając wszystkich dookoła doprowadzisz do sytuacji, w której ktoś w końcu zdecyduje o ostatecznym kształcie tego, nad czym od kilku dni pracujesz, albo schyliwszy pokornie głowę, z rezygnacją przystąpisz do przerabiania „skończonych już przecież” animacji. Której ścieżki byś nie obrał, koniec końców i tak musisz tych X form przerobić, bo termin emisji już dawno minął, kasa płynie a klient się piekli. Koniec końców to ty swoją pracą płacisz za cudze niedociągnięcia, niedogadania, fochy i fanaberie. Koniec końców to ty bierzesz po dupie.

Kiedy w końcu wprowadzisz zmiany. Te przed chwilą wspomniane i te, o których jeszcze nie wiesz, a które na pewno klientowi do głowy przyjdą, kiedy formy zostaną podpięte i wyemitowane. Kiedy wpiszesz swoje godzinki do ewidencji pracy, nie spodziewaj się słów podziękowania. Jedyną osobą, która ci podziękuje będzie akant –bo formy, które mu przekażesz oznaczają dla niego chwilowy koniec świecenia oczami przed klientem, zamknięcie kolejnego etapu, odfajkowanie kolejnej pozycji na liście zadań. Podziękuje ci, bo im szybciej ty skończysz animować, tym szybciej on wyśle do klienta i pójdzie do domu.

Nie spodziewaj się natomiast niczego po kolegach po fachu. Nikt nie gratuluje bannerów. Bannery to nie ładny layout, nie zaawansowany kod. Bannery to nic, z czego można być dumnym. Banner to zło konieczne – jak śmieciarki, czy szambowozy. Bannerów nikt nie lubi, nikt się w nie angażuje. Bannery nie dają pola do kreatywnego popisu. Banner jest elektroniczną formą ulotki, gazetki z biedronki, wkurwiającą przeszkadzają i jako taki nie jest żadnym powodem do chwały. Robienie bannerów jest jak rozładowywanie palet w hipermarkecie. To żmudna i ogłupiająca robota.

Jak na ironię, od animatora oczekuje się, że będzie pomysłowy, kreatywny, że będzie zaskakiwał nowymi sztuczkami i świeżym podejściem do tematu. Nikt nie pomyśli, że kreatywność i powtarzalność się zwyczajnie wykluczają. Że nie da się świetnie zanimować czegoś, co zostało zaprojektowane bez pomysłu. I nie próbuj mówić, że potrzebujesz chwili czasu, by się zastanowić, pomyśleć, wykombinować jakieś ciekawe rozwiązanie. Ty nie masz myśleć. Ty masz robić. Jest przecież zeszcze tyle form, a dedlajn przekroczyliśmy jeszcze na etapie projektowym…

Kolejnym urokiem pracy animatora jest cała masa życzliwych, z których każdy chętnie da ci jakąś radę na temat animacji, nad którą pracujesz. Tak się nieszczęśliwie składa, ze flash jest narzędziem o tak niskiej „learning curve”, że byle mongoł po przerobieniu kilku tutoriali jest w stanie stworzyć jakąś prostą animację. Rzecz jasna, ruch w tej animacji będzie kwadratowy a efekty tandetne, niemniej nabierze ów człowiek doświadczenia, że „cały ten flash to w zasadzie żadna filozofia” i w przeświadczeniu tym będzie z tobą rozmawiać. Skoro on w 15 minut potrafił zrobić prostą animację, a banner na nic przesadnie skomplikowanego nie wygląda, to i tobie również nie powinno to zbyt wiele zająć. Nie wytłumaczysz takiemu zawiłości optymalizacji, synchronizacji ruchu w zagnieżdżonych movie clipach, dogrywanego w nieskończoność easingu; nie zrozumie taki, że realistyczny ruch to KUREWSKO TRUDNY TEMAT, że zwykła odbijająca się piłka wymaga wiele prób i testów, a kiedy koniec końców piłkę tą zrobisz to przyspieszenie/zwolnienie jej ruchu nie jest kwestią tylko dodania, bądź skasowania kilku klatek. Że skracając czas ruchu obiektu A musisz jednocześnie wydłużyć czas ruchu obiektu B, inaczej animacja straci płynności i synchronizację, a jeśli takich ruchomych obiektów masz więcej, niż dwa, to czas pracy nad nimi wzrasta proporcjonalnie… NIC TAKIEGO NIE WYTŁUMACZYSZ. W potocznym rozumowaniu animacja to prosta sprawa – bo skoro oni mogli – to ty też możesz. I koniec.

To powszechne przekonanie ma dwa efekty.
Po pierwsze: nikt nie szanuje animatora tak, jak np. dewelopera. Prostą animację zrobi nawet były księgowy, natomiast do actionscriptu się już nie dotknie. Actionscript, jakkolwiek prosty, odstrasza go – bo to programowanie – a on programistą nie jest. Animatorem, co prawda, też nie, ale animację zrobić potrafił. A skoro on potrafił – to wielką filozofią to nie jest – a zatem na szacunek nie zasługuje – bo i za co tu szanować?
Po drugie: Wszyscy wpierdalają ci się w robotę. WSZYSCY. Bo wszyscy się na tym znają. I nie ważne, że kiedy dajesz im do przeformatowania swoje animacje robią z tego groch z kapustą, albo w ogóle nie wiedzą jak się do tego zabrać. Znają się – więc każdy swoje trzy grosze wtrącić musi.
Koniec końców robisz robotę żmudną, ogłupiającą, niedającą satysfakcji, której nikt nie szanuje a przy okazji każdy się na jej temat wymądrza.

Praca animatora to praca na samym końcu łańcucha kreacyjnego. Praca na resztkach czasu, a w zasadzie to na ciągłym niedoczasie, bo przeciągnęła się faza projektowa, bo klient nie mógł się zdecydować, bo media, bo to, bo tamto. Koniec końców pracujesz w strasznym ciśnieniu. Nie ciśnieniu na zasadzie „klient to musi mieć na dzisiaj” tylko na zasadzie „od kilku dni to powinno wisieć w Internecie, kampania już wystartowała”. Wszyscy w projekt zaangażowani są już nim lekko zmęczeni i podenerwowani, wszyscy chcą mieć to już za sobą, a dla ciebie to dopiero początek.

Pracujesz na projekcie, w który grafik nie włożył serca( bo kto by się angażował w banner? Banner trzeba wypuścić i zapomnieć) i często gęsto przygotował na szybko i bez pomyślunku. Dziwi się, gdy prosisz go, by przygotował ci potrzebne do elementy. Sam tego zrobić nie możesz? Możesz, pewnie że możesz, tak samo jak ty możesz za mnie zrobić animację.  Że animacja jest moją działką? Tak samo jak twoją jest poprawne przygotowanie materiałów graficznych. I nie mów mi, że jestem niekoleżeński. Jestem KURWA wściekły, bo twoje „na szybko” odbija się na moim komforcie pracy. Rozumiesz?

Pracując jako animator możesz też zapomnieć o jakimkolwiek rozwoju. 98% Bannerów, jakie w życiu wykonałem polegało na powielaniu tych samych zagrywek. Nie dlatego, że nie chciało mi się myśleć, tylko dlatego, że w 30, 40 KB koszmarnie trudno wymyślić coś intrygującego i nowatorskiego. Junior, któremu przypada zaprojektowanie bannera może nawet narysować coś ładnego, ale to ładne trzeba jeszcze przefiltrować przez ograniczenia portali ( wersja flash playera, waga, obciążenie procesora) a na koniec klient każe dodać trzy przyciski sprzedażowe i spory akapit tekstu małym drukiem. Po takiej ścieżce zdrowia masz szczęście, jeśli dostaniesz do zanimowania coś, co jest zwyczajnie ładne; na widok czego nie odwracasz wzroku z obrzydzeniem. Smutna prawda jest taka, ze większość bannerów to estetyczne dno. Dno, które jest twoim jedynym polem do popisu. Siedząc na tym dnie, choćbyś chciał, niewiele masz do zrobienia poza trójcą tween/blur/fade. Co z tego, że potrafisz manipulować kolorem na poziomie pojedynczych pikseli? Co ci po zaawansowanych systemach cząsteczek? Displacement mapy? Miękkie maski? Alpha Mapy? Żadnego z tych bajerów do bannera nie wrzucisz, ponieważ będzie on zużywał zbyt wiele zasobów procesora skutkiem czego zostanie odrzucony przez portal, na którym ma być emitowany. Video w bannerze? Jeśli już to tylko w formie lekko przyciętej reklamy telewizyjnej. Twoja kreatywność ograniczy się do przekonwertowania materiału z AVI do FLV i ewentualnym napisaniu prostego playera.

Możesz wiele potrafić i nieustannie się rozwijać, ale nie łudź się, że zostanie to docenione i wykorzystane. Rolą animatora nie jest rozwijanie się, tylko produkowanie bannerów. Rozwijać się może flash developer. Animator ma produkować formy do kampanii. Im szybciej – tym lepiej.

Takie są realia. Firmy kuszą rozwojem, atrakcyjnymi projektami, fajną atmosferą – ale to wszystko bzdury.
Animując formy reklamowe człowiek się uwstecznia, a nie rozwija.  Forma tak ograniczona jak banner NIE DAJE szansy na jakikolwiek rozwój. Banner to forma interaktywnej ulotki reklamowej zaś animator to nikt inny, jak interaktywny Detepowiec.
Bzdurą są atrakcyjne projekty. Atrakcyjne projekty robią deweloperzy – strony produktowe, landing page, widgety, gry flashowe. Rolą animatora jest trzaskać bannery dla Głównego Klienta Agencji, którym najczęściej jest telekom, bank, lub inny twór FMCG.
Bzdurą jest też fajna atmosfera. Jeśli dla kogoś fajne jest permanentne uczucie niedoczasu, dopraszanie się od grafika podstawowych elementów, przesuwanie po raz n-ty napisu z lewej do prawej w dwudziestu formach na raz i nieustanie zadawane przez akanta „skończyłeś już” – to faktycznie, zawód animatora dostarczy ubawu po pachy.

Jeśli jednak lubisz to, co robisz; wkładasz w to serce, rozwijasz się i chcesz robić rzeczy ciekawe. Jeśli masz odrobinę szacunku do samego siebie i chciałbyś choć trochę być szanowany przez innych – trzymaj się od bannerów z daleka.
Szkoda zdrowia.

Comments:

There are (14) Comments for the Zanim pomyślisz o karierze fleszysty