O piwku Łomżyńskim chciałem napisać już razy kilka. Nie dlatego iżby było jakimś wybitnym trunkiem – o co to to nie – sikaczem łomżak jest okrutnym i z całego serca kontakt z nim odradzam. Napisać chciałem z powodu (a jakże!) reklamującego je outdooru. Co prawda innego, niż ten dzisiejszy – ale dzisiejszy lepsiejszy – więc o dzisiejszym będzie.
Najsampierw obrazek.
Niby ałtdoor, jak ałtdoor – typowa piwna nędza, albo średnia krajowa. Kiedy się jednak nad nim chwilkę zastanowić, nie sposób nie zauważyć pewnej logicznej ekwilibrystyki.
Albowiem:
Załóżmy, że statystyczny Warszawiak wie, gdzie leży Łomża. Że w łikend, zamiast do rodzinnego miasteczka pojedzie do tejże Łomży posłuchać Kayah i Chałturnika Olka Klepacza, którzy to artyści grają przy każdej możliwej planerowej masówce. Że zamiast pójść do pobliskich alkoholi świata ruszy się w północno wschodnią dzicz celem posłuchania muzyki i degustacji piwka.
Spełniwszy te założenia dociera nasz miłośnik piwa na miejsce, po czym okazuje się, że wszystko cacy, gra muzyka, ale piwka to się on nie napije.
Dlaczego?
Dlatego że przyjechał samochodem i samochodem musi wrócić!
Ktoś bystrzejszy zauważy, że zawsze można pojechać pociągiem. Można? Na pewno można? Wchodzimy zatem na pkp.com.pl i sprawdzamy połączenia Warszawa Centralna— Łomża. Dowolne połączenia. Jeśli kogoś zaskoczył wynik wyszukiwania, śpieszę wyjaśnić przyczynę tejże anomalii – otóż kolej osobowa do Łomży nie dociera.
To może autobusem? Pojechać na festiwal, wypić kilka browarków, posłuchac muzyczkii wrócić. Sprawdźmy na stronie łomżyńskiego PKS-u. Ostatni odjazd do Stolnicy ma miejsce o 19.10. Jazda zajmuje jakieś trzy godziny, w Warszawie meldujemy się koło 22-giej, szybciutko do domu i jeszcze przed północą odmeldowujemy się ze świadomości. Prosty i zgrabny plan o ile tylko kierowca przewidział jakieś postoje w trasie. Fajerwerków pewnie nie obejrzymy, ale nadrobimy przy dowolnym bogojczyźnianym festynie nad Wisłą.
Najbliższy będzie chyba na matki boskiej zielnej
Sytuacja brzmi cokolwiek absurdalnie, ale w tym szaleństwie jest jednak dość jasno skalkulowana pijarowa metoda. metoda z cyklu Zróbmy lokalny festyn (“największa plenerowa impreza w Łomży”) i zareklamujmy go w całej Polsce. Nikt na niego, rzecz jasna, nie przyjedzie – bo nikomu nie będzie się chciało tłuc do mieściny w pół drogi między Augustowem a Warszawą, ale “regionalny sygnał” pójdzie w świadomość, a kto wie, może i jakieś media się nami zainteresują.
Nie wiem, jak cała ta akcja wygląda od strony finansowej (kayah i schaby do najtańszych chałturników nie należą) niemniej sam pomysł, oraz logika ludzi od PR budzi we mnie dwojakie odczucia. Z jednej strony myślę sobie, że to kompletnie od czapy, reklamować w stolnicy festiwal, na który pies z kulawą nogą nie ruszy (choćby właśnie dlatego, że ruszywszy nawet piwka wypić nie będzie mógł). Z drugiej strony łomżak pozycjonuje się jako regionalne premium i z wizerunkowego punktu widzenia reklama taka jest jak najbardziej na miejscu.
Z trzeciej zaś, łomżyńskie piwo to szczyny straszliwe.
I żadna reklama tego nie zmieni.



na piwie to sie niestety nie znasz, gorszy syf to chociażby Tyskie albo Lech
EEE czepiasz sie tego piwa, o ile takie które kupisz w Warszawie lub gdzie indziej może byc kiepskie to świeże z browarka będzie smaczne. Przynajmniej mi jak byłem kiedyś w regionie to smakowało, aczkolwiek człek młody był i głupi. Co do tej impry plenerowej to może mają nadzieję ze ludzie będą do nich przyjeżdzać i turystykę tym nakręcą :P
PS Z piw to ja lubie najprawdopodobnie najlepsze na świecie, (Carlsberg)
To żeś strzelił. Gorszy od Lecha nawet chyba. Polecam jakieś prawdziwe piwo, np. choćby Stella Artois, które pojawiło się ostatnio w Polszcze. i nie na licencji tylko oryginalne importowane z Belgii.