Dlaczego programiści nie powinni animować

Filed Under (prywata, reklama ogólnie) by admin on 20-07-2010

To jest prosty; naprawdę zwyczajny banner. Nic karkołomnego…

W trosce o obywatela

Filed Under (prywata) by admin on 18-03-2010

Gdy urodziło mi się dziecko, poszedłem na przysługujące mi na tą okoliczność zwolnienie lekarskie. Dziewięć dni roboczych. Ponieważ prowadzę własną działalność gospodarczą, zgłoszenie faktu do ZUS’u wymagało stosownej papierologii –  ale niech tam, dokumenty wypełniłem, wysłałem. Czekam.

Czekałem tak długo aż w końcu zapomniałem o tym, że czekam. Jakież było moje zdziwienie, gdy po powrocie do domu zastałem kwitek pocztowy wraz z należną mi z racji ubezpieczenia kwotą. Zdziwienie to było jednak niczym wobec szoku, jaki wywołała otrzymana kwota. Otóż za dziewięć dni niezdolności do pracy Zakład Ubezpieczeń Społecznych wypłacił mi 44 złote potrącając jednocześnie osiem złotych podatku, co ostatecznie dało trzydzieści sześć złotych i pięć groszy polskich.
Oniemiałem…

Jest w “Dniu świra” scena, w której bohater odbiera nauczycielską pensję. Scena absolutnie kultowa, z genialnym monologiem i totalnie dołującym wydźwiękiem. Oglądając ją zawsze w duchu cieszę się, że mi “się udało”, że wiedzie mi się  się nieco lepiej niż Adasiowi Miauczyńskiemu.
Od dziś, scena ta nabierze dla mnie zupełnie innego znaczenia.

36 podzielone na 9 daje  cztery. CZTERY ZŁOTE NA DZIEŃ. Oznacza to, że raz na dwa dni mogę sobie nabyć chleb, mleko i jakieś tańsze masło. I koniec. Zdaniem  Zakładu Ubezpieczeń Społecznych powinno mi to wystarczyć na życie. Czy wystarczy? Wszystko zależy od tego, co komu do życia potrzebne…

Patrzę na te 36 złotych i kompletnie nie wiem, co myśleć. Z jednej strony cieszę się, że wiedzie mi się całkiem dobrze i nie muszę szarpać się za te ZUSowskie cztery złote dziennie. Z drugiej zaś bierze mnie przerażenie, bo jeśli nie wykorkuję zawczasu, to prędzej czy później na ten ZUSowski garnuszek trafię. Do tego czasu uskładam pewnie w ZUSie dodatkowe pięć, czy sześć złotych. Pal licho – niech to nawet piętnaście będzie. Nie zmienia to faktu, że wizja życia z  ZUS-owskiej zapomogi rysuje się bardziej przerażająco, niż dożywotnia prezydentura kurdupla z Żoliborza.

Historia ta każe mi się zastanowić nad tzw przyszłością. Mało to dizajnerski temat, ale koniec końców bardziej istotny, niż te wszystkie dizajny razem wzięte. Mówiąc krótko: trzeba poważniej pomyśleć o przyszłości, bo zostawienie tematu ZUSowi skończy się pod mostem albo w innym przytułku.

A  te cholerne trzydzieści sześć złotych i pięć groszy przepiję przy najbliższej okazji

stanowcze “NIE” dla szatana

Filed Under (prywata, reklama ogólnie, reklama video, wuwuwu) by admin on 15-03-2010

Chwilę temu poproszony zostałem o usunięcie informacji o serwisie, w którego powstawaniu brałem udział. Prośbę argumentowano min tym, że znajdujące się nagłówku strony hasło “szatan reloaded” nie powinno występować w połączeniu z serwisem klienta, a blog mój pozycjonuje się na tyle wysoko, że odnaleźć go w kontekście serwisu jest dość łatwo.

Ciekawe co będzie dalej – wszak szatan to tylko czubek góry lodowej. Po wpisaniu w gugle nazwy serwisu klienta, dostajemy go w kontekście takich stron, jak “zajebiście.pl”. Co zrobi klient? Co zrobi akant? Może wzorem ferrero wystosowane zostanie żądanie usunięcia nazwy serwisu z “zajebistej” strony? A może coś  bardziej innowacyjnego.

Enyłej, posta wyłączyłem.
Mrożek.

Co z tym flashem?

Filed Under (prywata, reklama ogólnie) by admin on 08-03-2010

Pojawienie się html 5 zrodziło w dizajnerskim światku nieliche dysputy na temat niechybnej śmierci flasha. Ledwie debaty te przycichły, pojawił się iPad, który flasha nie obsługuje -  i debaty rozgorzały na nowo. Debaty moim zdaniem jałowe jak przemówienia Jarka z Żoliborza i równie co ów Jarek od rzeczywistości oderwane.
Ale od początku.

html5 ze swoimi możliwościami prezentuje się bardzo ciekawie. Pozwala “bezflashowo” zaimplementować kilka flashowych funkcjonalności, co z punktu widzenia Pana Prezesa, czy Pani Krysi, dla których konieczność zainstalowania jakiejkolwiek wtyczki równoznaczna jest z hakerskim atakiem na firmowego laptopa, jest nie lada udogodnieniem. Wdrożenie tego udogodnienia napotyka jednak dwie zasadnicze przeszkody. Pierwszą przeszkodą jest Internet Explorer , który w wersji szóstej nawet pliku *png poprawnie wyświetlić nie potrafi, a która to wersja wciąż jest wielu biurach wersją jedyną słuszną. Aktualizacja systemu, czy przeglądarki jest nie mniej uciążliwa od zainstalowania flashowej wtyczki, nie wspominając już o czymś tak trywialnym jak koszta przesiadki z win 98, czy innego millenium na Windows 7.

Drugą przeszkodą są programiści-webmasterzy. Z całym szacunkiem dla tych kilku pasjonatów, których znam, większość agencyjnych kodopisów to studenci informatyki, którzy najchętniej pisali by w Javie, czy innym C++, ale ponieważ łatwiej jest znaleźć pracę jako łebmajster  a na studiach liznęło się trochę html i PHP, zakotwiczył sie jeden z drugim w dziale IT agencji interaktywnej i nawet mailingu porządnie obkodować nie potrafi. Taka prawda.
Głównym problemem z upowszechnieniem html5  jest i będzie brak ludzi, którzy potrafią w nim kodować.  Aby robić w kodzie rzeczy ładne i funkcjonalne trzeba się tym kodem interesować. Zbyt mało mamy pasjonatów. Prędzej html6 powstanie, niż się “piątka” w Polsce upowszechni.

Ani wszechobecny IE6, ani brak kompetentnych webmasterów nie przyczyni  się do zgonu flasha. Nic się do tego nie przyczyni, ponieważ flash nie zginie, a przynajmniej nie do czasu, aż silverlight stanie  się czymś więcej, jak zabawką dla geeków. Nawet wówczas przyjdzie nam jeszcze dłuuugo na detronizację flasha poczekać, ponieważ flash ma w rękawie kartę pokerową – Klienta.

Zatrudniani po stronie klienta w dziale marketingu ludzie to w zdecydowanej większość głąby co się zowie. Nie wiem, co takiego jest w działach marketingu, ale przyciągają one wszelakiej maści kombinatorów, cwaniaków, ściemniaczy. Pracowałem w kilku “pozaagencyjnych” firmach i w każdej z nich dział marketingu zaludniany był osobnikami co najmniej wątpliwej inteligencji, a bywało że zwykłymi durniami. Ludzie ci, poza tym, że byli durniami, charakteryzowali się również tym, że nie mieli bladego pojęcia o internecie. Promocja w internecie zamykała się dla nich w dwóch słowach: “banner” i “mailing” -  to wszystko, co wiedzieli o promocji.

Pomijając chlubne przypadki, gdy w dziale marketingu zatrudniony zostanie ambitny stażysta, ludzie po stronie klienta to tego typu właśnie marketoidy. Dla nich synonimem słowa “nowatorski” jest słowo “flash”. Ponieważ jest to jedyne branżowe słowo jakie znają, odmieniają je przez wszystkie interaktywne przypadki, skutkiem czego przestrzeń internetowa zawalona jest wszelakiego rodzaju animowanym śmieciem, którego nawet ja, animator z pasji, nie jestem już w stanie oglądać.
Mówiąc krótko – flash nie umrze, ponieważ reanimować go będą ludzie po stronie klienta, którzy nie mając pomysłu na promocję swojego produktu, będą szli po reklamowej najmniejszej linii oporu.

Moim zdaniem flash jako narzędzie do robienia internetowych sajtów powinien nie tyle umrzeć, co mocno ograniczyć swoją obecność w internecie. Flash sam z siebie nie jest zły, tak samo jak nie jest zły młotek, czy nóż. Zły jest sposób, w jaki flash jest nadużywany, wciskany wszędzie, gdzie się da. Nie wiemy jak się promować  – zróbmy banner, rysownik, kartkę świąteczną – cokolwiek, byleby ruszało się i migało. Wypuszczamy produkt? Wypuśćmy też i stronę do niego. I niech się ludzie muszą zalogować -  będą dane do bazy mailingowej. Wrzucimy tam spot reklamowy, parę gadżetów, niech to się jakoś rusza…

Flash używany w sposób bezmózgi staje się przekleństwem internetu. Moja żona stron flashowych nawet nie otwiera, bo “mają jakąś durną nawigację i długo się ładują”. Ja stron flashowych nie otwieram  bo nie widzę w nich żadnej wartości dodanej. Nie ma w nich niczego, co by mnie skusiło do poczekania na załadowanie.
Po co są więc strony flashowe?
Jak to po co! Dla klienta.

Najprościej byłoby napisać: flash powinien być używany z głową, ale jest to równie uzasadnione co stwierdzenie “drogi nie powinny być dziurawe a ZUS powinien fachowo  i dla naszego dobra obracać gromadzonymi środkami na emerytury”. Tak nie jest i nie będzie. Flash nie zdechnie, klienci się nie wyedukują, technologia A nie wyprze technologii B na tej samej zasadzie, na której Facebook nie wyparł Naszej Klasy.

Życie toczy się prawem inercji. Jest jakiś promil, czasem procent ludzi aktywnych, otwartych, ciekawych świata, niemniej zdecydowaną większość stanowią ci, którzy chcą się przez życie prześliznąć. Ich nie interesują nowinki, wtyczki, hateemele, czy powody dla których Facebook [jak to się wymawia? To niepolskie jakieś!] deklasuje Naszą Klasę. Ludzie aktywni skupiają się na forach, dyskutują, debatują, a zwykły człowiek, jak mu serwis nie przypomina Allegro czy Onetu, nie wie gdzie kliknąć i wraca tam, gdzie wszystko jest już znane. Prawem inercji pracownik marketingu zamawia banner, czy produktową flashówkę. Prawem inercji agencja robi, bo nie będzie przecież z klientem polemizować. Prawem inercji  user wchodzi na Naszą Klasę.

Więc co z tym flashem?
Ano nic. W tej czy innej formie flash będzie trwał jeszcze długo -  zbyt wielu osób jest jego trwaniem zainteresowanych. Wraz z zwiększaniem się średnicy internetowej rury będzie to flash coraz bardziej “wypasiony” wizualnie, ale niezmiennie pusty od  strony kontentowej.

Każdy, nawet najgłupszy marketoid wie, że dużo łatwiej jest  napisać na pudełku “nowy lepszy smak”, niż faktycznie ten smak zmienić. Tak będzie  z flashem. Zmieni się może etykieta, ale w środku dostaniemy to samo g…

hyperpudło

Filed Under (prywata) by admin on 26-02-2010

Z okazji przenosin fabryki popełniliśmy [my, to znaczy kreacja w hypermedia] kilka kreatywnych bzdurek. Efekt tego “bzdurzenia” można obejrzeć min. na naszej korpostronie.
Pakowanie korpostrony w karton to moja robota, zaś pozostałe animacje to robota Piotrka Goździejewskiego .

Spakowanie, choć wydawało się proste, okazało się kryć w sobie kilka niespodzianek  (papervision nie lubi przecinającej się geometrii, oj nie lubi…). Koniec końców projekt zamknął się w dwóch dniach roboczych i 614-tu linijkach kodu.

Wszystko na sprzedaż

Filed Under (prywata, reklama video) by admin on 21-02-2010

Dzisiejszy wpis dedykuję swojej żonie, która po bez mała dwóch latach doczekała się chwili,w  której  książki ze stojącego luzem  kartonu powędrowały na Allegro.
Książek jest sporo, tematy są różne, niemniej wszystkie one można wrzucić do jednego worka [kartonu?] o nazwie “przydatne w pracy grafika”

Zapraszam zatem do kliknięcia w obrazek poniżej i wybrania sobie czegoś dla siebie.

No job for old men

Filed Under (prywata) by admin on 10-01-2010

Najbardziej deficytowym „zasobem” w reklamie jest szacunek. Nie czas i związane z nim dedlajny, ale szacunek do drugiego człowieka. Brak szacunku i brak czasu mają ze sobą wiele wspólnego -  wariackie terminy biorą się przecież w głównej mierze z tego, że ktoś o czymś zapomniał, ktoś sobie o czymś w piątek o siedemnastej przypomniał. Czasem też zwyczajnie ktoś kogoś lekceważy, a czasem nawet specjalnie kimś pomiata.
Koniec końców wszystko sprowadza się do braku szacunku

Na początku łańcucha jest brak szacunku na linii klient-agencja. W mailach jesteśmy mili i uprzejmi, ale gdy na „spotkaniu integracyjnym” z klientem brand manager wychyli o dwa kieliszki za dużo, można usłyszeć „wiesz, to nie jest tak, że my was nie lubimy; taka jest po prostu polityka firmy. My musimy was za pysk trzymać i punktować raz po raz. Musimy pokazywać, że jesteście kiepscy i w zasadzie to łaskę wam robimy nie zrywając z wami współpracy. Wiecie, to się przydaje przy renegocjacji umów…”

Następnie jest brak szacunku na linii kadra zarządzająca-pracownicy. „Klasa” kadry zarządzającej to temat na fachowe studium socjologiczne. Zakompleksieni, niedojrzali emocjonalnie ludzie oddelegowani do zarządzania innymi ludźmi. Kompetencyjnie nierzadko o kilka poziomów niżej od ludźmi, którym szefują. Zawsze mnie zastanawiało, skąd się tacy biorą i co się w ich głowach dzieje. Kto ich awansował i za co?

Z początku mnie bawiło, gdy na rozmowach rekrutacyjnych pytany byłem o pracę w weekendy i po godzinach. Z czasem pytanie to zaczęło mnie doprowadzać do szału. Równie dobrze mogliby mnie pytać, czy chętnie zrezygnuje pan z życia rodzinnego, chwili z żoną/dzieckiem. Czy będzie pan tracił wzrok ślepiąc się po 10 i więcej godzin w monitor? Czy lubi pan pracę w stresie? Czy bawi pana Bycie niedocenianym?

Kolejnym ogniwem braku szacunku są współpracownicy. WKURWIA mnie niemożebnie, gdy dostaje od dizajnera plik, w którym nikt poza autorem nie jest w stanie określić, co jest czym i do czego to służy. Argumentacja, ze projekty powstają „na szybko” przez co ciężko jest w nich utrzymać porządek nie trafia do mnie w zupełności, ponieważ tak się składa, że WSZYSCY pracujemy w ciśnieniu i niedoczasie. Szkopuł w tym, że ja nie mogę, a jeśli mogę to NIE CHCĘ robić szybko i na  łapu-capu.
Graficy projektujący „do flasha” zazwyczaj nie mają pojęcia o specyfice tego narzędzia. Wydaje im się, że skoro zostało coś zaprojektowane w photoshopie, można to bez problemu przenieść do flasha. Przypominają architekta, który projektuje budynek bez znajomości grawitacji i właściwości budulca, z którego budynek ma zostać wykonany. I dziwią się później, że majster, czyli człowiek który fizycznie ten dom stawia, ruga ich podważając nieskalany charakter ich matek.
Kiedy dostaję taki plik, coraz częściej idę z nim do autora i koszarowym językiem pytam, jak on sobie pracę na nim wyobraża. Sytuacja taka jest dyskomfortowa z dwóch powodów. Po pierwsze generuje niepotrzebne nerwy, zaś po drugie i najważniejsze, jest jawnym dowodem na to, że pan dizajner miał w dupie człowieka, który usiądzie do pracy nad jego projektem. Ma w dupie mnie.

Praca z plikami innych flaszowców to droga przez mękę. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio dostałem  skomentowaną klasę, ponazywane warstwy, czy elementy w bibliotece. Nie chodzi tu o mitycznego księgowego, który przerobiwszy dwa tutki postanowił się przebranżowić ,lub freelancuje dla agencji. Burdel w źródłach to choroba powszechniejsza, niż alkoholizm u ruskich. Ludzie z wieloletnim doświadczeniem i niepodważalnymi umiejętnościami generują pliki, które powodują palpitację serca. Zupełnie jakby do głowy im nie przychodziło, że ktoś jeszcze poza nimi może na tych plikach pracować. Raz jeszcze powtórzę – nie dociera do mnie argument dedlajnów. Sam pracuję w dedlajnach i jakoś znajduję czas na nazywanie warstw, elementów, komentowanie klas, czy rozsądne pisanie kodu. Dla mnie bajzel w plikach to ewidentny brak szacunku dla człowieka, któremu przyjdzie się ten plik otworzyć.
Zwykłe zawodowe chamstwo.

Im starszy się robię, tym bardziej zaczyna mnie to wszystko drażnić. To ogólne robienie szybko i byle jak, ten brak szacunku do włożonego czasu i pracy. Głupie odzywki w stylu „zdążysz, masz jeszcze całą noc/weekend”. Brak szacunku dla życia „pozazawodowego” zdążyłem już spacyfikować,  wygrzałem sobie jako-taką zawodową niszę i generalnie usadowiłem się w niej dość wygodnie, niemniej irytuje mnie to dziwne uczucie, że jest się traktowanym jak wyrobnik. Nawet niespecjalnie wykwalifikowany wyrobnik – wszak na flashu znają się wszyscy, a jeśli nie znają -  to tylko dlatego, że szkoda im na  to czasu.

Najbardziej mi jednak doskwiera mój własny prywatny brak szacunku do tego, co robię. Gdy widzę, jak się cały ten biznes toczy, jak na każdym kroku ktoś ma coś w dupie, to mi się posiłek cofa. Gdy dostaję do zrobienia projekt, zawodowo nawet rozwojowy i niebrzydki, którego to projektu nikt nie ogarnia, szefostwo mądrzy się na tematy, o których nie ma pojęcia, klient zmienia koncepcje  na zaawansowanym etapie produkcji – to w pewnym momencie zaczynam sobie zadawać trudne pytania. „Czy to jest poważne? Czy to jest praca dla wykwalifikowanego pracownika? Czy to jest praca dla dorosłego trzydziestoletniego faceta?”

Niepoważne „realia branżowe” sprawiają, że nie potrafię traktować swojej pracy poważnie. Mam wrażenie, że traktowany jestem jak student, któremu można zlecić dziś to, jutro tamto, a przy okazji jeszcze w jakąś niewdzięczną robotę wpakować. Praca taka, w moim mniemaniu „nie przystoi” dorosłemu facetowi. Dorosły facet powinien mieć dorosłą robotę.
Tylko co to jest ta „dorosła robota”?

Reklama z pewnością nie jest pracą dla dorosłych ludzi. Jest coś przekomicznego w grupie dzieciatych, spłacających kredyty mieszkaniowe facetów debatujących nad tym, czy napis na bannerze ma być po lewej, czy po prawej. Jest coś infantylnego w projektowaniu mailingów, czy wymyślaniu bzdurnych tekstów do debilnych spotów. Jest coś kastrującego w angażowaniu się w projekt, co do którego jeszcze przed startem jest pewność, że zmieni się w trakcie produkcji. Nie potrafię nie czuć się wówczas jak dzieciak i cholernie mnie to wtedy uwiera.

Dobra praca to taka, za którą cię szanują; w której nikt ci się nie mądrzy, że wie lepiej (o ile faktycznie nie jest to ktoś kto umie więcej -  wtedy trzeba tylko słuchać i uczyć się). Ślusarz, elektryk, szewc, krawiec, mechanik -  to są dobre zawody. Mało kto się na tym zna -  więc i mało kto się  rwie do „dobrych rad”. Robota jest konkretna, przynosi konkretne efekty. Za tą  robotę człowieka szanują i dobre słowo powiedzą (szczególnie, gdy się posiedzi bez prądu kilka godzin). A w internecie? W Internecie wszyscy są mądrzy i wszystko potrafią -  więc kogo tu i za co szanować?

Ponieważ na terminowanie u ślusarza, czy elektryka jest już za późno, trzeba  się zastanowić nad niszą tak trudną i niedostępną, że niewielu będzie cwaniaków wymądrzających się na dany temat, a tych, którzy  okażą się wystarczająco głupi, spacyfikuje się prostym „ to zrób to sam albo znajdź kogoś lepszego ode mnie; ja się tego nie dotknę”. Trzeba znaleźć specjalizację tak wąską, a jednocześnie rozwojową, by dali człowiekowi w spokoju pracować.
Bo w gruncie rzeczy o to w tym wszystkim chodzi. By nikt nie przeszkadzał w robocie.

Ordung musst sein

Filed Under (prywata) by admin on 14-11-2009

Nie ma gorszej roboty, niż robienie po kimś. Majster, który musi przyjść poprawić  coś, co inny fachowiec spektakularnie spierdolił, życzy sobie podwójną stawkę albo w ogóle zlecenia nie bierze – ponieważ doskonale wie, czym  taka robota pachnie.

„Robienie po kimś” jest bolesne dlatego, że każdy robi po swojemu. Każdy ma swoją metodykę pracy, organizacji plików, swój specyficzny workflow, który dla  człowieka z zewnątrz może się wydawać dziwny i niezrozumiały. W pracy kreacyjnej nie ma z góry określonych zasad, szablonów wedle których należy projektować, czy programować, toteż każdy robi tak, jak mu wygodnie – byleby efekt końcowy był zadowalający. Sytuacja w kreacji przeniesiona  do branży samochodowej zaowocowałaby stanem, w którym Honda miałaby silnik pod siedzeniem kierowcy, Hummer skrzynię biegów w bagażniku, Peugeota tankowałoby się przez szyberdach, Mercedes miałby koła mocowane sznurkiem do snopowiązałki a gaźnika w Skodzie szukalibyśmy w schowku po stronie pasażera. Każdy z tych samochodów jeździłby i na pewno znalazłby swojego kupca, gdyby jednak coś w nim „padło” ( a prędzej, czy później w każdym „coś padnie” ) i konieczna byłaby interwencja  „fachowca” nikt poza konstruktorem owego auta, nie miałby pojęcia co w nim padło, gdzie to coś się znajduje i jak to naprawić. Mechanik, któremu przyszłoby pod  takie auto wejść,  za owo wejście policzyłby sobie dwu, a nawet trzykrotnie.
Raz -  za czas zmarnowany na dojście „co konstruktor miał na myśli”
Dwa – za stracone  w trakcie tego dochodzenia nerwy
Trzy -  za faktyczną robotę. Za naprawę.

Porównanie pracy grafika z pracą mechanika nie jest wcale tak niestosowne, jak się na pierwszy rzut  oka wydaje. Teoretycznie jest tak, że autor danego projektu prowadzi go od początku do końca. W praktyce wygląda to jednak inaczej. Autor, owszem, zaprojektuje, czy zaprogramuje to czy tamto; czasem nawet zamknie projekt i doprowadzi go do końca. Specyfika  pracy w reklamie polega jednak na tym, że bardzo często do owych zamkniętych projektów się wraca -  trzeba coś w nich zmienić, dorobić, poprawić. Autor może wówczas pracować w zupełnie innej firmie, być chory, zajęty innym Niewiarygodnie Istotnym Tematem, słowem nie może akurat się swoim dzieckiem zająć. Idzie wówczas to dziecko do innego grafika/fleszysty/programisty, który to człowiek ma kompletnie inny, niż ojciec owego dziecka, sposób „wychowywania”-  i w tym momencie zaczynają się schody.
Bardzo Strome Schody.

Pracowałem kiedyś z człowiekiem, który  banery trzaskał jak nikt inny. W dzień potrafił opędzić ich, przy dobrych wiatrach, nawet do dziesięciu sztuk. Kiedy mówiłem, że na  jakąś formę potrzebuję kilku godzin zawsze słyszałem „aż tyle! Przecież X robi to w godzinę”.  Lubiłem człowieka personalnie jednak praca na jego plikach była koszmarem. Kluczem do jego niewiarygodnej prędkości pracy było totalne niechlujstwo. Robił szybko i byle jak. Akant był zadowolony -  bo wszystko było bezproblemowo i na czas. Kiedy jednak przychodziło się zrobić w jego pliku  coś tak prostego, jak wyrzucenie elementu, czy odsłony, nierzadko  kończyło się to zrobieniem formy od nowa. Zwyczajnie nie byłem wstanie dojść, co jest czym, dlaczego działa tak a nie inaczej i dlaczego po wywaleniu elementu X znikają także elementy Y oraz Z.

Przez długi czas wydawało mi się, że bajzel w plikach jest bolączką form reklamowych. Tłumaczyłem to sobie, że czas, dedlajny, ciśnienie, zmiany koncepcji w przeddzień emisji. W takich warunkach nie każdemu się chce nazywać i segregować symbole. Szczególnie wtedy, gdy się jest freelancerem do którego, prędzej czy później przyjdzie po prośbie przyciśnięty dedlajnem akant. Nie każdemu chce się starać przy reklamowym planktonie. Przy rzeczach grubszych -  o, wtedy to jest inaczej. Jak się nad czymś fajnym pracuje, to serca chce się w to trochę włożyć.
Tak sobie myślałem.
Do czasu.

Myślałem tak do czasu, kiedy w moje ręce zaczęły wpadać „grubsze formy” od freelancerów, współpracowników, czy innych zewnętrznych pomagierów z kraju i zagramanicy. Okazało się, że to nie jest kwestia czasu, dedlajnów, szybkich nieoczekiwanych zmian i poprawek. Są po prostu ludzie, którzy robią „byle zrobić” i zapomnieć o temacie.
I tyle.

Praca na materiałach od takiego człowieka to droga przez mękę. Setka, dwie setki elementów, żaden nie nazwany w sposób opisowy, masa tweenów w bibliotece, wrzucanie funkcjonalności całej strony w jedną, pozbawioną komentarzy klasę…  Zawsze, kiedy dostaję takie materiały, trafia mnie jasny szlag ponieważ wiem, że właśnie wkładam dłonie w gówno i nie wyjmę ich przez czas dłuższy.

Nie dalej jak kilka dni temu dostałem pliki po freelancerze. W przeddzień emisji klient zaśpiewał sobie zmiany  – usunięcie odsłony i podmiana tekstu. Maksymalnie 10 minut roboty. Faktycznie rzecz zajęła bez mała trzy godziny.

Kiedy tworzyłem plik pierwszym, co mnie uderzyło była setka elementów w bibliotece. Tween1, Tween2, Tween3. Już sam widok tweena doprowadza mnie do furii. Jakim trzeba być kretynem, żeby nie zamienić grafiki w symbol? A co jeśli klientowi się odwidzi i zechce zmienić tekst, którego właśnie użyłeś w dziesięciu miejscach? Używanie tweenów to dla mnie  wyznacznik bezmyślności, a przede wszystkim kompletnego niezrozumienia „co to jest flash i z czym się to je”.
Segregowanie symboli w bibliotece to rzecz tak incydentalna, że w zasadzie przestałem się już na nią wściekać. Po co wrzucać bitmapy do bitmap, grafiki do grafik, teksty do tekstów a klipy do klipów skoro można kliknąć w obiekt i skorzystać z polecenia „Show In library”? Po co nazywać warstwy? Po co mnożyć te warstwy, skoro na warstwie „layer 34” można od klatki 1-szej do 37-mej animować Tween 23, następnie od 38-mej do 85-tej Tween68, następnie wstawić kilka pustych klatek, zanimować Tween17, wpisać kawałek kodu, po czym dodać jeszcze Tween 56. Po co mnożyć niepotrzebne byty? W prostocie przecie tkwi piękno i siła!

Był czas, kiedy myślałem, że produkowaniem takich potworków zajmują się dzieciaki z krótkim stażem na FlashZone. Potem zacząłem dostawać takie arcydzieła od ludzi z kilkuletnim „flaszowym stażem”, od ludzi kodujących przy użyciu papervision – generalnie rzecz biorąc od ludzi, którzy flashem  nie zajmują się od wczoraj. Nagle cała moja teoria o „gówniarzach, którzy nie pracowali w grupie i nikt ich jeszcze nie opierdolił” wzięła w łeb. Nagle okazało się, że ludzie po prostu tak mają. Że robią szybko,  bezmyślnie, nie zakładając nawet, że ktoś kiedyś może w te pliki zaglądać.

Porządkuję swoje pliki i komentuję klasy nie z jakiegoś snobistycznego powodu, czy innego uber-flashowego nastawienia. Robię to, ponieważ łatwej mi się z takim materiałem pracuje. Jeśli szukam jakiegoś klipu -  znajdę go w katalogu o wszystko mówiącej nazwie „clips”. Wszystkie bitmapy znajdę w katalogu „img”, teksty zaś w „txt_items”. Nazwanie klipu „blinkinArrow_mc”, „arrow_graph” również ułatwi mi rozeznanie, który element w bibliotece jest grafiką strzałki, a który jej animacją. Są to dla mnie sprawy tak elementarne, jak spuszczenie wody w kiblu. Spuszczam ją, ponieważ w przeciwnym wypadku, gdy za kilka godzin do  sraczyka powrócę, powita mnie w nim koszmarny smród. Z tego samego  powodu komentuję kod. Dziś wiem, za co ta, czy tamta linijka odpowiada, ale za trzy dni na bank nie będę pamiętał co dany kod powoduje. Jeśli nie wiem tego ja, to nie ma możliwości, aby wiedział to człowiek, który po mnie tenże kawałek kodu dostanie.

Bajzel w plikach bulwersuje mnie tak samo jak bajzel w kiblu, czy w kuchni. Po co zmyć po sobie talerz, czy spuścić wodę z klockiem, skoro może to zrobić kto inny? Posprząta ten, kto będzie chciał skorzystać -  w końcu to jemu będzie zależało, nie mi.
Bajzel w plikach to dla mnie ewidentny brak kultury pracy. Brak szacunku do siebie i do współpracowników. To synonim zawodowego chlewu.
Grzebanie w takim pliku jest jak wejście do obsranego kibla.
To zwyczajnie i po ludzku żenujące.

Matrix reloaded

Filed Under (prywata) by admin on 05-11-2009

Z X odchodziłem długo. Się wkurwiałem, się uspokajałem, się irytowałem i znowu dawałem na przeczekanie. Kiedy jednak koniec końców powiedziałem przełożonemu, że chcę odejść od grudnia, usłyszałem, że od grudnia to nie, ale od listopada to i owszem a nawet ze zwolnieniem z obowiązku pracy. Taki obrót sprawy był dla mnie zrozumiały – po co trzymać na pokładzie kogoś, kto nie dość, że jest na wylocie, to jeszcze entuzjazmem do pracy nie pała? Na morale zespołu za dobrze to nie wpływa, więc lepiej temat uciąć od razu.

Minął rok i zupełnie przypadkiem, przy okazji wspominków “tamtych czasów” dowiedziałem się, że zostałem “wyjebany bez mrugnięcia okiem”.
Usłyszałem i oniemiałem.
Że jak?

Zaskakuje mnie, jak bardzo zmieniają się ludzie po tym, jak przestają ze sobą współpracować. Jak bardzo upływ czasu może zmienić postrzeganie faktów (szczęśliwie nie zmienia tego, co mam na dokumentach). Zaskakuje tym bardziej, że ani my się kłóciliśmy, ani zawodowo tarć nie było – ot, normalna codzienna współpraca, i nagle po roku człowiek dowiaduje się, że żył w matriksie.

Nie mam do człowieka żalu, ani złości. Jestem za to zaskoczony. Cholernie zaskoczony…

Houdini. N-te podejście

Filed Under (prywata) by admin on 17-10-2009

Houdini to moje hassliebe. Z jednej strony podziwiam ten soft za możliwości, jakie daje, z drugiej zaś nie potrafię przebić się przez jego filozofię pracy, co doprowadza mnie do… no  nazwijmy to lekkim poirytowaniem.
Do Houdiniego przemierzałem się razy… ja wiem, z dziesięć to na pewno. Regularnie, co kilka miesięcy instalowałem wersję testową tylko po to, by po pół godzinie z bluzgami na ustach odinstalowywać ją z systemu. Jakiś czas później podpatrzyłem coś fajnego w internecie, pomyślałem “a niech tam, spróbuję i ja”, zainstalowałem, pobluzgałem, odinstalowałem i znowu na kilka miesięcy był spokój.

Ostatnio poszedłem w zaparte i nabywszy za całe 99baksów “Houdini starving artist edition” postanowiłem przebić się przez node based workflow. Z postanowieniem “jeśli teraz się nie przebiję, to przestaję się oszukiwać i nie siadam więcej do Houdiniego” ściągnąłem ze strony producenta szkoleniowe tutoriale i rozpocząłem mozolny proces nauki.

W nauce nowego softu najgorsze są  nawyki, które ma się z pracy z softem już znanym – w moim przypadku z cinema 4D. Znam ten soft już na tyle dobrze, że poruszam się w nim w sposób podświadomy  - nie zastanawiam się co i dlaczego klikam – po prostu  klikam i robię. Naturalnym więc jest, że siadając do Houdiniego postępuję dokładnie tak samo, jak w przypadku cinemy. I to jest największy błąd jaki można popełnić! Houdini ma tak specyficzną logikę pracy, tak niecodzienny workflow,  że jakakolwiek próba “zaadoptowania” do niego metodyki pracy znanej z innego softu, kończy się frustrującym odbiciem od programu.

Idealnym sposobem byłoby zapomnieć o tym, co już się wie i odejść do softu z “czystą” głową. Tak byłoby idealnie, ale owo “idealnie” jest zwyczajnie niewykonalne. Nie da się tak na hop-siup zmienić nawyków. Jedyne co można – to powoli, w skupieniu brnąć przez manuale i tutoriale w nadziei że zdobyta wiedza z czasem zaprocentuje.
Przypadku Houdiniego trud jest podwójny. Raz, że nabrał już człowiek nawyków; dwa, że sam soft jest mocno “oryginalny” w obsłudze.
Ale też i jest się o co szarpać – bo Houdini to jednak magik co się zowie…