Polynoid

Filed Under (design, wuwuwu) by admin on 09-04-2010

Dawno nie obejrzałem całej strony od początku do końca.
W tym przypadku, obejrzawszy wszystko sprawdziłem, czy aby nic mi nie umknęło.
Delicje!

kliknij mnie

stanowcze “NIE” dla szatana

Filed Under (prywata, reklama ogólnie, reklama video, wuwuwu) by admin on 15-03-2010

Chwilę temu poproszony zostałem o usunięcie informacji o serwisie, w którego powstawaniu brałem udział. Prośbę argumentowano min tym, że znajdujące się nagłówku strony hasło “szatan reloaded” nie powinno występować w połączeniu z serwisem klienta, a blog mój pozycjonuje się na tyle wysoko, że odnaleźć go w kontekście serwisu jest dość łatwo.

Ciekawe co będzie dalej – wszak szatan to tylko czubek góry lodowej. Po wpisaniu w gugle nazwy serwisu klienta, dostajemy go w kontekście takich stron, jak “zajebiście.pl”. Co zrobi klient? Co zrobi akant? Może wzorem ferrero wystosowane zostanie żądanie usunięcia nazwy serwisu z “zajebistej” strony? A może coś  bardziej innowacyjnego.

Enyłej, posta wyłączyłem.
Mrożek.

Podwójne widzenie

Filed Under (reklama ogólnie, wuwuwu) by admin on 09-03-2010

W dniu dzisiejszym należy KONIECZNIE odwiedzić Witrualną Polskę. Bryluje po niej przefajny xhtml dla orange. Nie wiem, kto go popełnił, ale całokształt jest ZAJEBISTY

Korporacyjni Komandosi

Filed Under (reklama ogólnie, reklama video, wuwuwu) by admin on 13-07-2009

Tagged Under :

Z okazji premiery nowego Office’a Microsoft postanowił nieco “odpoważnić” swój wizerunek. Służyć temu ma min stylizowany na film sensacyjny trailer, który obejrzeć możecie poniżej.

Trailer zmontowany całkiem przyzwoicie, nie pozbawiony wielu ukrytych i nieraz rzeczywiście bardzo smakowitych smaczków, a mimo to trąci jakimś takim sztucznym wyluzowaniem. Niby mamy casual friday ale nie zagalopowujmy się. Nie zapominajmy, kim jesteśmy…

Z ciekawości udałem się pod promującą produkt stronę wuwuwu. Na ciekawości jednak się skończyło, albowiem kiedy poinformowany zostałem, że aby obejrzeć stronę muszę zainstalować wtyczkę silverlight, coś we mnie wierzgnęło, szarpnęło i powiedziało “a takiego”.
No to se pooglądałem…

Po chwilowym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak nie, że tak łatwo to się nie dam. Wezmę i zainstaluję tego silverlajta.  Klikam zatem “click to install”, wstrzymuję oddech i.. dostaję po oczach takim oto obrazkiem:

install_silverlight

I w tym momencie opadło mi wszystko, albowiem podsumujmy fakty:

Witryna office2010the movie nie jest adresowana do podstawowego klienta MS, jakim są korporacje. MS nie musi walczyć ani zabiegać o klienta. MS klienta MA na mocy różnych umów, skutkiem których Windows instalowany jest wszędzie, gdzie się da.  Klientowi takiemu  ani strona ani sajcik nie jest potrzebny. Klient taki dostanie w biurze  pałer pointa i będzie na nim pracował bez względu na to, jakim numerem będzie oznaczony.

Witryna przeznaczona jest dla klienta  z internetem obeznanego, ciekawego, szukającego nowinek. Oczywistym jest, że wśród użytkowników excela odsetek takich “ciekawskich” jest porównywalny mniej więcej z odsetkiem inteligentnych, nomen omen, człownków klubu parlamentarnego PIS.

Mamy zatem dość wąską grupę docelową, którą zawężamy o tych, którzy nie mają zamiaru instalować kolejnego syfu na komputerze. Tu akurat jestem w stanie zrozumieć sytuację – silverlight miał być w założeniu tym, czym dla quarka stał się InDesign. Panowie od marketingu i PR wiedzą swoje i nikt ich nie przekona. W nowym windowsie wtyczka będzie zintegrowana z systemem i wtedy pogadamy z Adobe o tym, kto ma najszybszy skuter. Póki co,  trzeba doinstalować.

Kiedy w końcu ten biedaczyna z wąskiej grupy postanowi zainstalować ten plugin, żeby zobaczyć, co się ukryło mędzy Arialem a Windingsem, nagle dowiaduje się,  że jego przeglądarka nie obsługuje takowego pluginu. “Co za problem” – ktoś zapyta, odpalamy IE, instalujemy i  po płaczu. Ano problem w tym, że zmusza się mnie, użytkownika do działań, na które nie mam ochoty. Mam pierdyliard stron w internecie i to, że decyduję się obejrzeć właśnie tą konkretną, jest z mojej strony dla autorów wyróżnieniem, by nie powiedzieć łaską. Mogę robić  tysiące innych rzeczy, a jednak decyduję się poświęcić swój czas na marketingowe pitu pitu panów z MS. Już samo to jest z mojej strony dużym ustępstwem, tymczasem dowiaduję że muszę coś sobie doinstalować, a żeby znowuż to doinstalować, muszę zmienić przeglądarkę…

A wiecie co? A spierdalajcie wy z tą stroną!

Trampkiem w toster

Filed Under (reklama ogólnie, wuwuwu) by admin on 02-06-2009

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę – ale życie lubi zaskakiwać – toteż piszę, co następuje.
Otóż jaram się. Jaram się niemożebnie nowymi bannerami dla allegrowej akcji pt “miliony rzeczy walczą o twoją uwagę”. Jaram do tego stopnia, że jak się gdzieś w necie na nie natknę, potrafię długi czas nie zamykać okna przeglądarki.
Okazuje się że można. Że wystarczy fajny pomysł, świetna egzekucja (brawa dla animatora!) i z głupiego bannera można mały majstersztyk wystrugać.
Pogrzebawszy nieco w necie dowiedziałem się, że za animację odpowiedzialny jest Marcin Gibowski – człowiek, który animował min death metalowego królika.
Panie Marcinie, z tego miejsca czapka z głowy.
Zajebista robota!

Konsekwentnie w dół

Filed Under (wuwuwu) by admin on 28-05-2009

Tagged Under :

Zboczenie zawodowe każe mi klikać we wszystko. Reklamy w komunikatorze, bannery na portalach, inwazyjne formy reklamowe – nic się przede mną nie ostanie. Czasem kliknięcie przeniesie na stronę,  na której spędzę dobrych paręnaście minut, a czasem nie doczekam do końca preloadera, niemniej lubie sobie poklikać tu i tam, choćby z czystej ciekawości, co tam  w branży słuchać.

Kiedy wczorajszy klik przeniósł mnie na stronę, było nie było korporacyjną i poświęconą tak ( z reklamowego pukntu widzenia) atrakcyjnemu produktowi, jak notebook,  która to strona wyglądała jak nie przymierzając flash-tutorial dla początkujących, pomyślałem sobie nie ma o czym pisać, ot wypadek przy pracy. Kiedy jednak dziś po raz kolejny wszedłem na stronę tego samego korporacyjnego klienta i po raz kolejny obejrzałem równie tutorialopodobny  korporacyjny sajcik, coś mi się przelało.

kliknij, aby przejść do "strony"

kliknij, aby przejść do "strony"

Wszyscy wiemy, jak powstają takie sajty. Do agencji, która HP obsługuje z korporacyjnego rozdzielnika przychodzą materiały z centrali.  Zlokalizować - pada rozkaz –  i biedny fleszowiec, chciał nie chciał, zlokalizować musi –  w końcu za to też mu płacą. Rzecz się trochę przeciąga, bo tłumaczone przez junior accounta teksty musi zaakceptować Pani Basia, która aktualne przebywa na szkoleniu w Zanzibarze, niemniej koniec końców temat zostaje zamnknięty, strona wędruje do sieci. Jeszcze tylko w wyszarpaną przez dział mediów lukę w gadu-gadowym terminarzu wrzucamy jakąś na szybko przygotowaną kampanijkę i temat można uznać za odfajkowany. Nikt i tak z ctr-ów nie rozliczy, bo wszyscy wiemy, że HP-ki kupuje się nie wskutek obejrzenia sajtu, ino przy robieniu grupowych zamównień do firmy –  a jakimi takie zamówienia prawami się rządzą…

Zastanawia mnie, dlaczego komputer, który sam z siebie jest bardzo przyzwoitym narzędziem, reklamowany jest w tak, nazwijmy to po imieniu, wieśniackim stylu? Dlaczego urządzenie było-nie-było nowoczesne, reklamowane jest przy pomocy środków żywcem wyrwanych z czasów flasha 4 (nie mylić z flashem CS4)? Czyżby był tu grany klasyczny scenariusz z cyklu: klient musi miec coś na szybko, agencja jest zawalona po uszy –  więc dizajn trafia do stażysty a kodowanie do junior-fleszysty? Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie  innych okoliczności, w których producent nowoczesnego sprzętu zgodziłby się na prezentację swoich produktów przy pomocy tak chałupniczych środków wyrazu. Przecież  musi być gdzieś dizajner, art , dyrektor kreatywny. Przecież gdzieś ktoś to ogląda, ktoś akceptuje. Nie wyobrażam sobie by w okolicznościach innych, niż totalny-ogień-w-dupie coś takiego mogłoby przejść przez korporacyjne sito.

Ale może się mylę. Może ma tu miejsce casus mojego znajomego, który zaprojektowawszy kiedyś ładną etykietę do taniej wody mineralnej usłyszał od klienta: Panie, to jest za ładne, ludzie pomyślą, że coś tu nie gra, że ktoś ich w konia robi.

Ile waży but?

Filed Under (wuwuwu) by admin on 21-04-2009

Tagged Under : ,

Bardzo ciekawy (i chwilami dość mocno odjechany) pomysł wizualizacji “uczucia lekkości” sportowego buta

kliknij, aby przejść do strony

kliknij, aby przejść do strony

Atak klaunów

Filed Under (reklama video, wuwuwu) by admin on 19-04-2009

Video w internecie to w większości przypadków kiepskie, nudne i  nic nie wnoszące sajty, w których kiepsko nakręceni amatorzy klekoczą coś o produkcie, który nie dość, że sam z siebie jest mało interesujący – to jeszcze przedstawiony jest w średnio porywający sposób. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka, niemniej kluczowym moim zaniem jest to, że video jest zwyczajnie modne i każdy klient, bez względu na to, czy produkuje podpaski czy płyty wiórowe chce mieć stronę video.
Strona video jest obecnie tym, czym dziesięć lat temu był banner flash, czy animowany GIF – nie ważne, czy ładne, czy nie – video jest modne –  więc video mieć wypada.
Video trzeba mieć.

Zdarzają się jednak strony oparte na video, do których to stron chce się wracać. Ba! Są strony, z których się nie chce wychodzić. Strony, które oglądając, nieświadomie  coraz szerzej rozwieramy paszczę z zachwytu.
Strony takie, jak najnowsza produkcja stink digital dla philipsa. 

kliknij aby przejść do strony

kliknij aby przejść do strony

Strona jest doskonałym przykładem tego, co jest clue każdego ruchomego obrazu, a o czym zapomina 90% polskich twórców video-sajtów. Obraz, bez fabuły jest niczym. Świetny obraz + świetna fabuła = arcydzieło. Kropka.

Dzieło Holdendrów jest zjawiskowe pod kilkoma względami. Po pierwsze – jest wizualnym cacuszkiem. Po drugie – ma pomysł. Co prawda jest to pomysł nie nowy (film1, film2) niemniej trzyma w napięciu jak, nomen omen, porządny film sensacyjny. Po trzecie w końcu – świetnie dopasowany jest do produktu, który reklamuje. Nie nahalnie, bez robienia z widza idioty, konsekwentnie i umiejętenie wykorzystuje filmowe “ficzery” po to, by pokazać co stracisz oglądając doskonałe filmy na “mniej doskonałym” ekranie.

niebieskie dymki kryją ciekawe i wazne informacje

niebieskie dymki kryją ciekawe i wazne informacje

Na szczególną pochwałę zasługuje sposób prezentacji kluczowych dla telewizora funkcji. W trakcie projekcji pod ekranem pojawiają niebieskie dymki. Po kliknieciu w nie przechodzimy do swoistego “behind the scenes”, w trakcie których twórcy, opowiadając o realiach pracy nad filmem umiejętnie przemycają kluczowe dla produktu informacje. Po raz kolejny okazuje się, że pomysł jest podstawą wszystkiego.  Nie trzeba walić widzowi po oczach bumperem typu ” bez naszego ekranu stracisz 33% akcji”. Wystarczy posłuchać pana reżysera i wszystko jest jasne. Już wiemy, dlaczego ten telewizor, a nie inny.
Proste? Proste! A do tego jak pomysłowo zrealizowane…

Dobra, koniec marudzenia. Wracam do oglądania ;)

Zapraszamy na Show

Filed Under (wuwuwu) by admin on 31-03-2009

Jakiś czas temu zachwycałem się kampanią axe dark temptation. To było jakis czas temu. Teraz już wiem, jak niewiele wiemy o puszczaniu oka i zabawie z widzem.
Co tu dużo gadać. Zróbcie sobie kawe/herbatę, czy co tam innego pojecie i dołujcie razem ze mną.
Miazga. Szatan Wcielony… 

pij mleko – zostaniesz gwiazdą rocka

Filed Under (wuwuwu) by admin on 21-04-2008

Tagged Under :

Mam w pamięci taką reklamę z czasów zamierzchłych, na której to reklamie kilku kilkulatków rozmawia o tym, kim chcieliby być, gdy dorosną. Jeden chce być Strażakiem, drugi kimś tam jeszcze, trzeci zaś pokazując karatekę z plakatu mówi “ee tam, ja tam chciałbym być karateką”. W tym samym momecie postać z plakatu odwraca się i trzymając szklankę mleka mówi ” to pij mleko” [echo] pij mleko, pij mleko, pij mleko…/[echo]. Kilkanaście lat później z plakatów, bilboardów i środków masowej zagłady [komunikacji się znaczy] sezonowe gwiazdki sportu straszyły hasłem “pij mleko, będziesz wielki”. Gdyby robił to Mariusz Pudzianowski – akcja byłaby jeszcze jako tako wiarygodna [ co prawda mlekiem się nie tuczył, ale wielki jest ] tymczasem wyszło, jak wyszło – czyli jak zawsze.

Organizacja pt California Milk Processor Board poszła innym tropem. Nie od dziś wiadomo, że dzieciarnia nie słucha, ani księdza, ani policjanta, a już ani trochę ojca, czy matki, za to jak w obrazek gapi się w gwiazdy muzyki popularnej i małpuje je na potęgę. Jak zatem do dzieciarni dotrzeć? Jak rozbudzić w niej pragnienie na coś tak mało lanserskiego, jak mleko? To przecież proste jak obręcz – stwórzmy mleczną gwiazgę rocka!

Akcja “Got Milk” trwa od 1993 roku i jak podaje wikipedia, ma w stanach złajdaczonych rozpoznawalność rzędu 90%! To pod jej egidą powstała gra “get the glass“, którą to grą cały łebdizajnerski światek jarał się jak nastoletni onanista rozkładówką z Pamelą Anderson. To Dla tej akcji, Beyonce, czy Sheryl Crow dają się sfotografować z charakterystycznymi mlecznymi wąsami. Co ciekawe, autorzy akcji dają sobie spokój z okrągłymi, nic nie mówiącymi sloganami w stylu “będziesz wielki” – doskonale wiedzą, że pustosłowie trafia w próźnię. Przekaz jest prosty: “Body by milk”. Pij mleko – będziesz mieć silne włosy, mocne paznokcie, mięśnie jak sportowiec, figurę jak modelka.
A która dziewczyna nie chciałaby mieć figury Beyonce?

Pomysł na WhiteGold and Calcium Twins, czyli na glamrockowego gwiazdora opiewającego mleko, jako cudowne panaceum na wszystko jest tak absurdalny, że aż niewiarygodny; niemniej, gdy spojrzeć na niego przez pryzmat dotychczasowych “twarzy kampanii” jest on logiczną i konsekwentną kontynuacją raz obrazego kursu.
Na bok jednak z logiką i konsekwencją. White Gold & calcium twins to twór tak odjechany, tak wykręcony i przerysowany, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Jeśli dać mu 30 sekund i wsłuchać się w pierwsze wersy dowolnego z jego hitów [do pobrania na stronie] – człowiek wsiąka jak w bagno. A dać mu te pół minuty wcale nie jest trudno – wystarczy spojrzeć na pierwsze kadry teledysku, by z rozdziawioną paszczą zadać sobie pytanie “łot da fak…”
Odpwiedź staje się oczywista, gdy tylko nieco uważniej się przysłuchać, co tam Pan Artysta wyśpiewuje…

Kiedy już człowiek złapie oddech po teledysku i wejdzie na stronę artysty rychło okazuje się, że to dopiero początek ostrej jazdy po mlecznej drodze. Spędziłem tam dobre pół godziny, słuchając wypowiedzi krytyków muzycznych, bawiąc się muzycznymi gierkami, czy przeglądając galerię pozycji jogi.
Szpas i pozytywne zaskoczenie na poziomie 110% normy. Dodatkowe 25% za ożywienie duchów pudel-rock’a. Szach mat i mecz Widzew vs Machester United.

Znajomy art mawia, że czas mu już do lamusa – bo teraz liczy się tylko video na stronie. Zdziebko przesadza, niemniej faktem jest, że video upychane jest wszędzie, gdzie się da. Tam gdzie trzeba i tam gdzie nie. Casus White Gold & calcium twins to, jak dla mnie podręcznikowy przykład kreatywnego i niebanalnego podejścia do tematu video w necie. Autorzy doskonale wiedzą, że samo videło to tylko ruchome obrazki. Esencją jest nie tylko sam przekaz, ale też forma tego przekazu. Mówiąc krótko – trzeba mieć coś do powiedzenia i powiedzieć tak, by ludzie chcieli słuchać.
White Gold’a trudno nie słuchać i trudno się nie śmiać. Jego Rockowe hymny na cześć silnych paznokci, choć głupawe nielitościwie mają w sobie piorunujacą dawkę monty pythonowskiego humoru, która czasem zahacza o parateatralne wybryki Screamin Jay Hawkins’a; a humor, jak powszechnie wiadomo, jest nie mniej zdrowy, jak samo mleko.

White gold pokazuje, że im [pozornie] trudniejszy do zareklamowania produkt, tym bardziej kreatywnie można do niego podejść. Łatwo byłoby stwierdzić, że najlepsze projekty powstają w ramach kampanii społecznych, gdzie klient nie marudzi, że mu reklama do targetu nie trafia, tylko że reklamy takie jak ford ka z futrzakiem-ludojadem, czy sado masochiści reklamujący proszek przeciwbólowy zadają totalny kłam takiej tezie. White Gold pokazuje, że jeszcze wiele nowego-nieodkrytego w reklamie przed nami. Pokazuje, że jeszcze nie raz i nie dwa przyjdzie się rozdziawić paszczę ze śmiechu, czy zaskoczenia. Obiecuje, że uchachamy się jeszcze nie raz.
Ja tam mu wierzę…