Stan po zmianie głowy
Filed Under (outdoor) by admin on 17-02-2010
Wiele razy pisałem, że mało co mnie tak w reklamie irytuje, jak pogrywanie gołą dupą. Wiele razy pisałem i wiele razy jeszcze napiszę, bo tak się niestety składa, że jak ktoś nie ma pomysłu, albo gdy autorem pomysłu jest Bardzo Kreatywny Brand Manager po stronie klienta, to dupa okazuje Jedynym Słusznym Rozwiązaniem.
Dzisiejsza reklama mnie jednak nie irytuje. Dzisiejsza reklama mnie wkurwia. Ja rozumiem tłumaczenie, że “my mieliśmy co innego na myśli, a że panu się to tak kojarzy – to tylko o panu świadczy“, ale zupełnie go nie kupuję. Jak dla mnie, dział marketingu funai pozamieniał się z kutasami na głowy i sądząc po efekcie tych zmian, pracownicy tego działu powinni sobie sprawić nowe telewizory.
Naprawdę Duże Telewizory.
Adwertajzing według agenta ubezpieczeniowego
Filed Under (outdoor) by admin on 18-12-2009
Wdałem się dziś we firmie ubezpieczeniowej w taką gadkę. Dość krótką – bo i gadać za bardzo nie było, nie tyle o czym, co z kim. Pan Szef Oddziału przekonywał mnie, że reklama towarzystwa ubezpieczeniowego powinna być kolorowa, najlepiej z gołą babą ” bo wie pan, koniec końców głos idioty ważny jest tyle samo, co głos człowieka inteligentnego”. Asekurancko nie zdradziłem się z wykonywanym zawodem i zwiałem stamtąd tak szybko, jak się dało.
Wychodząc ze firmy trafiłem na reklamę majonezu (skądinąd bardzo smacznego - wolę Mosso, niż kielecki, czy TFU! Hellmans’a). Reklamę, która w kontekście zakończonej chwilę wcześniej rozmowy dała mi do myślenia. Dała na temat nie nowy - bo nie raz i nie dwa już się zastanawiałem, po kiego grzyba człowiek się stara i napina, skoro można tak po prostu, celnie, lapidarnie a jednocześnie dwuznacznie i z przymrużeniem oka.
Może rację ma Pan z towarzystwa ubezpieczeniowego, że tu jajami trzeba i najlepiej po cyckach…
Kosmiczne odkrycia
Filed Under (outdoor) by admin on 01-09-2009
Wydawało mi się, że po wczorajszej plombie od SKOK-u nic nie zrobi na mnie wrażenia. Przynajmniej przez jakiś czas.
Jak zwykle okazało się, że nie doceniłem błyskotliwości oraz yntelektu rodzimych kreatywnych.
Swoją drogą, ciekawe jak reklamowane byłyby targi, gdyby odbywały się na ulicy np Powsińskiej albo Żelaznej?
Agrosturystyka? po wsi? Nie!
Po urlopie na Żelaznej wrócisz z nerwami ze stali.
Reklamy SKOK’u są bardzo specyficznym zjawiskiem. Zjawiskiem nie tylko reklamowo-wizualnym, ale też kulturowym, by nie rzec socjologiczno – psychologicznym. Wyznaczają pewien, niedostępny nawet dla Media Markt’u poziom, na którym człowiek nie ma zielonego pojęcia jak zareagować. Już bokserski szatan był bliski mentalnego nokautu poprzez wybicie zwojów mózgowych z głowy, ale to nie on, lecz dzisiejszy bilboard( skądinąd z sztanem koncepcyjnie spokrewniony) ustanowił najbardziej przez domorosłych kreatywnych uwielbioną NOWĄ JAKOŚĆ w dziedzinie reklamowej żenady.
Szło to nowe i szło, człowiek zastanawiał się dojdzie, czy nie dojdzie. Koniec końców wzięło i przyszło.
I teraz moi mili nie zostaje nam nic innego, jak wywalić photoshopa przez okno.
Od tej pory nic już nie będzie takie jak dawniej
Rowerem na barykadę
Filed Under (outdoor, reklama video) by admin on 27-07-2009
Plakaty przypominające o sześćdziesiątej piątej rocznicy powstania warszawskiego rozczarowują po całości. Rocznica nie dość, że “gorąca” i budząca emocje, to jeszcze tematykę ma taką, że aż się prosi o coś konkretnego i szarpiącego za fraki. Tymczasem z outdooru wieje taką zachowawczością i, państwo wybaczą, kreatywną chujnią, że aż wstyd człowieka bierze.
Na przekór tej tendencji wyszli organizatorzy warszawskiej masy krytycznej.
W masie udział brałem raz, i były to dwa razy w jednym, tj pierwszy i ostatni.
Chaos, niezorganizowanie, masa gówniażerii, która pod pozorem manifestowania równych praw na drodze zachowuje się skandalicznie nieodpowiedzialnie – grzeszki mógłbym wyliczać jeszcze długo, ale nie one są tematem tego wpisu. Tematem jest, nawet nie wiem jak to nazwać, “mini-plakat” z metra. Plakat, który swoją pomysłowoscią powalił mnie jak głupota niedawnego premiera
Po raz kolejny okazało się, że nie technika się liczy, ale pomysł.
Technicznie ów “plakat” to kpina. Ciężko tu w ogóle o jakiejkolwiek technice mówić. Niemniej pomysł, wpięcie daty powstania w sylwetki rowerzystów, jest moim zdaniem absolutnie genialny. Bez silenia się na przesadną symbolikę, bez szukania trzeciego i piątego dna. Prosty, dziecinnie prosty przekaz.
W dizajnie, jak w rokendrolu, największe hity powstają na trzech akordach.
Na przekór fryzjerom
Filed Under (outdoor) by admin on 20-07-2009
Plakat filmowy, a już w szczególności współczesny polski plakat filmowy, można by postawić w Sevres jako wzorzec sztampy. Fotomontaż z głównymi aktorami, kawałek tekstu – i wszystko. Plakat gotowy. Zdarzają się co prawda rzeczy fajne i fajniejsze, o których to rzeczach pisze dziewiąty bóg, niemniej większośc tego, co na ulicach obserwuję to sztampa co się zowie.
Wychodząc z seansu “Wrogów Publicznych” (polecam) natknąłem się na plakat reklamujący film “Hair”. Przesadnym fanem ani Formana, ani hippisowskich czasów nie jestem, ale plakat powalił mnie od piewszego obejrzenia. Tak lapidarnego, ikonicznego a jednocześnie tak mocno związanego z tematyką filmu ujęcia tematu dawno nie widziałem.

Death metal to muzyka niszowa. Niszowa na tyle, by dla wielu nie kwalifikować się do kategorii “muzyka”. Niszowa na tyle, by taki Vader, Behemoth czy Decapitated były na zachodzie lepiej rozpoznawalne, niż cały polski mainstream razem wzięty.
Death metal to ekstremum i jako takie, w mediach promowany jest śladowo, a z reguły wcale. Co prawda ostatnie spotkania Adasia Darskiego z Dorotą Rabczewską skupiły na sobie uwagę kolorowych pisemek i plotkarskich portali, ale nie łudziłbym się, że na plotku, czy innym kozaczku przeczytamy niebawem newsa z białostockiej sceny grind-core’owej. Death metal jak był, tak pozostanie off-owy. I dobrze. Medialna infamia tylko mu służy
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na stacji metra “świętokrzyska” zobaczyłem billboard reklamujący koncert Behemota. Naturalną radość (wszak dobrych koncerów nigdy za wiele, a od Morbid Angel i Kataklysmu w stodole minęło już pół roku z okładem) zastąpiło pytanie.
Pytanie najprostsze z możliwych: “Ale jak to…“.
Behemot? Na billboardach?
Po co to komu?
Wychowałem się w czasach, kiedy informacje o koncertach rozprzestrzeniały się szybciej od pirackich gier na torrentach. Każdy “zainteresowany” informował znajomego “zainteresowanego”, ów znajomy swojego znajomego, a ten znowuż jeszcze innego – i koniec końców kluby mieściły dwa razy więcej publiki, niz dopuszczał to lokalny inspektorat straży pożarnej. Czasy się zmieniły, koncertów jest nieporównywalnie więcej, ale mechanizm “promocji” pozozstał bez zmian. Ktoś wypatrzy plakat na mieście, ktoś przekaże newsa, ktoś zadzwoni, zaesemesuje. W zasadzie trudno jest, szczególnie mieszkając w stolnicy, nie wiedzieć o zbliżającym się ciekawym koncercie.
Trzeba się dobrze postarać.
Promowanie koncertów behemota, w szczególności w sposob tak “masowy” to dla mnie zjawisko dość dziwne. Nie wiem, co o tym myśleć. Z jednej strony cieszy mnie to, że informacje o koncertach, było nie było, off’owych, coraz szerzej dostępne są w przestrzeni publicznej.
Z drugiej zaś wraca pytanie: Ale po co to komu?
Przecież ”z ulicy” na behemota nikt nie przyjdzie. Fan zespołu i tak się dowie gdzie, kiedy i za ile. Kto ma wiedzieć – ten będzie wiedział.
Po co zatem te bilboardy?
Władze “Stodoły” boją się, że behemot sali nie wypełni?
Jak nie behemot, to kto?
Przejeżdżając rowerem koło salonu orange (Al Niepodległości, okolice metra Wierzbno) zobaczyłem outdoor, który skołował mnie kompletnie. Skołował do tego stopnia, że przejechałem na drugą stronę ulicy – bo a nuż coś małym drukiem jest jeszcze dopisane.
Niestety, nie było.
W zasadzie przywykłem do tego, że orążowy outdoor jest nędzny, nijaki i adresowany tak naprawdę nie do wiadomo kogo. Dzisiejszy billboard ustanowił jednak, że użyję jednego z moich “ulubionych” reklamowych haseł, “nową jakość” w dziedzinie billboardowej bezmyślności. Chciałbym napisać, że tak wysoko ustawionej poprzeczki długo nikt nie przeskoczy, ale za długo już reklamę obserwuję. Stanie się to jeszcze w tym roku. Na sto procent.
Być może jest za tym billboardem jakiś głębszy sens, jakaś szeroko zakrojona multi-medialna akcja. Może to jakiś teaser? Jakaś zajawka? Licho wie…
Ja wiem natomiast tyle, że na pierwszy rzut oka wygląda to jak plakat Polskiej Akcji Humanitarnej, czy innego Caritasu. Na pierwszy rzut oka jest to dla mnie akcja w stylu “kup telefon-pomóż dziecku”. Nic na to nie poradzę, dziecko z nadgryzioną kromką chleba kojarzy mi się tak, a nie inaczej i z tego, co wiem, nie tylko mi się tak kojarzy.
Najciekawsze w billboardzie jest to, że nie jest on związany z żadną akcją. Kto powiększył obrazek – ten widział, a w zasadzie nie widział na nim niczego, co o jakiejkolwiek akcji by mówiło. Mam dziwne przeczucie, że Ważna Osoba z Salonu wybrała tą fotkę na zasadzie”bo mi się podoba” i podobnie, jak niedawno sieć ajspotów, strzeliła sobie własną linię kreatywną.
Możliwa jest też druga opcja, że ktoś z premedytacją pogrywa na symbolach, które dla szeroko rozumianego “ogółu” są czytelne i wyraziste. Może pomyślał ktoś mądry “Wrzućmy dziecko z kromką, ludzi łapią takie obrazki. Co prawda nie ma to sensu ani związku z telefonami, ale wyróżnimy się z informacyjnego hałasu“.
Brzmi absurdalnie, ale już nie takie absurdy w reklamie przechodziły.
Możliwa jest też trzecia opcja, w której na billboardzie zamiast dziecka zobaczymy na ten przykład Ewę Sonnet, która zmysłowo zachęcać nas będzie, byśmy spojrzeli na świat jej Dużymi Niebieskimi Oczami.
Że bez sensu?
A ten dzieciak to, przepraszam, z sensem jest?











